Relacje uczestników Akcja 2015

Lisowce - rejon zaleszczycki

Po raz pierwszy w tym roku ruszyły prace na cmentarzu w Lisowcach, w powiecie zaleszczyckim. Grupa pracująca na cmentarzu to osoby z różnych miejscowości Dolnego Śląska: Ryszard Mulek - Wrocław, Agnieszka Zagrodna, Witold Zagrodny, Patrycja Karasiak - Lubiatów, Jacek Sadlik - Legnica, Martyna Haftarczyk - Milicz, Tomasz Janik - Ziębice i Leokadia Kołodyńska-Zysk - Bogatynia.

Niewielu pozostało tu Polaków, jednak niemal każdy spotkany mieszkaniec przyznawał, że w jego żyłach płynie domieszka polskiej krwi. Niestety, niewiele również można było się dowiedzieć na temat czasów przedwojennych dotyczących wioski i mieszkańców. Pytani, odpowiadali, że nie ma tu już takich osób, które pamiętałyby dawne, przedwojenne czasy. Rąbka tajemnicy uchylił nam jeden z młodszych mieszkańców, który pokazał, gdzie przed wojną znajdowały się domostwa Polaków, a gdzie Ukraińców. Lewobrzeżna część Seretu to w większości domy polskie. Dzisiaj w tym miejscu ciągną się pola. Kiedyś można tam było znaleźć ruiny domu pańskiego, dzisiaj w tym miejscu ciągną się pola uprawne. W części prawobrzeżnej można jeszcze odnaleźć pozostałości po Polakach, choćby Dom Polski w Lisowcach odkryty przez Ukraińca Michaiła Strufińskiego. Podczas remontu i przygotowywania budynku pod sklep odkrył historyczny napis nad drzwiami DOM POLSKI W LISOWCACH, jak również godło polskie.

Podczas prac na cmentarzu w Lisowcach mieliśmy okazję poznać urodzonego tam dyrektora Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu dr. Adolfa Juzwenkę. To dzięki niemu udało się nam poznać dzieje tej wioski i powojenne losy mieszkańców. Opowieść o zgodnym i szczęśliwym życiu obydwu narodów, miłość bez względu na pochodzenie, silna świadomość narodowa, a jednocześnie poszanowanie dla odmienności, to podstawa ówczesnego życia. Ten znany historyk jest wielkim propagatorem pojednania pomiędzy narodem polskim i ukraińskim. Pan Juzwenko nie tylko dzielił się z nami swoją ogromną wiedzą historyczną, ale również był ogromnym wsparciem w podejmowanych pracach porządkowych. Po jego wyjeździe pomocą w pracach porządkowych służył nam jego kuzyn, Iwan Fotyniuk.

Miłym akcentem w trudnej pracy na cmentarzu była wizyta ekipy telewizyjnej wraz z p. Grażyną Orłowską-Sondej oraz wierną propagatorką tej wspaniałej akcji, p. Beatą Pawłowicz. Pani kurator z rozrzewnieniem mówiła o swoich Kresowych korzeniach i wspominała, jak trudno było jej zrozumieć wpis w DO matki o urodzeniu w ZSRR, bo przecież urodziła się w Kresowej Polsce, okolice Łopatyna, obwód lwowski. Ta żywa lekcja historii zdobyta podczas wyjazdu na Ukrainę pozostanie nie tylko w naszych umysłach, ale głęboko utkwi w naszych sercach. Będziemy pamiętać łzy wzruszenia napływające do oczu przy każdym odkrywanym grobie. Łzy żalu i bezsilności, kiedy okazywało się, że większość napisów zniknęła z pomników i nie jesteśmy ich w stanie odtworzyć. Te prawdziwe dzieła sztuki, które dane nam było przywracać do życia pochodzą z wieku XIX. Najstarszy odczytany napis z 1858 roku. Najpiękniejszy pomnik górujący nad cmentarzem i wioską ma zniszczone napisy. Nikt nie zna nazwiska pochowanych tam osób. Poznaliśmy jedynie legendę krążącą na jego temat wśród mieszkańców wioski. Pochowano tam młodą dziewczynę, po starcie której matka do kielicha trzymanego w swoich ramionach zbiera wszelkie zło krążące nad nimi. W momencie kiedy kielich się napełni zło wyleje się na świat. Wszyscy są zdania, że kielich jest już pełny.

Leokadia Kołodyńska-Zysk

(aby powiększyć - kliknij w zdjęcie)


Wolontariusze z Polski na kresowych cmentarzach

Zakończyła się 6 edycja akcji "Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia". W akcji porządkowania zapomnianych i zaniedbanych kresowych nekropolii, na których spoczywają nasi przodkowie, uczestniczyli młodzi wolontariusze w Dolnego Śląska, w tym gimnazjaliści, uczniowie szkół średnich, studenci oraz osoby starsze. Głównym organizatorem przedsięwzięcia była Grażyna Orłowska-Sondej, dziennikarka z Telewizji Wrocławskiej oraz członek Zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.

W porządkowaniu cmentarzy uczestniczyło ponad 800 wolontariuszy - mówi Grażyna Orłowska-Sondej. - Byliśmy na polskich mogiłach aż w 85 miejscowościach, znajdujących się na terenie województw: wołyńskiego, lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego. Jestem pełna podziwu dla młodych ludzi, którzy część wakacji poświęcili na ciężką pracę. Pomimo dużego upału (temperatura często przekraczała 30 stopni C) wolontariusze pełni zapału pracowali przy wycince drzew i chaszczy, koszeniu traw i zielska oraz odnawianiu zdewastowanych i powywracanych pomników. Do naszej akcji włączyli się strażacy z Komendy Wojewódzkiej PSP z Wrocławiu i Ochotniczej Straży Pożarnej ze Strzegomia, motocykliści z Międzynarodowego Rajdu Katyńskiego, Strzelcy z Trzebnicy oraz wolontariusze z Krakowa i Opolszczyzny.

W Lisowcach nad Seretem

Jedna z grup, której niżej podpisany był uczestnikiem, pracowała na cmentarzu w Lisowcach (powiat Zaleszczyki). Było to dla mnie wielkie przeżycie. W miejscowości tej mam wielu krewnych, a na miejscowym cmentarzu spoczywają między innymi moi pradziadkowie i dziadkowie. W 1922 roku w Lisowcach urodził się mój ojciec Bazyli Mulek. W wieku 22 lat opuścił rodzinną wieś i wyruszył na front. Po zakończeniu działań wojennych nie mógł już wrócić na Podole. Dawne tereny Rzeczypospolitej zagarnięte zostały bowiem przez Związek Radziecki. Tato do końca życia mieszkał w Osiecznicy koło Bolesławca, ale przy każdej nadarzającej się okazji odwiedzał swoją wieś nad pięknym Seretem, w której mieszkała jego matka Anna oraz brat Taras z rodziną.

Lisowce to także rodzinna miejscowość dr. Adolfa Juzwenki, dyrektora Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, który odwiedził dolnośląskich wolontariuszy pracujących na miejscowym cmentarzu oraz pomógł w organizacji prac porządkowych.

Przed II wojną światową Lisowce były typową wsią polsko-ukraińską - mówi Adolf Juzwenko. - Mieszkańcy żyli tu w zgodzie i nawzajem się szanowali. Nie rzadkością były mieszane polsko-ukraińskie małżeństwa. Nic więc dziwnego, że Polaków wyznania katolickiego bardzo często, a zwłaszcza podczas świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, można było spotkać w miejscowej cerkwi greko-katolickiej, a Ukraińców w kościele rzymsko-katolickim. Obowiązywał także niepisany obyczaj, który nakazywał, by w rodzinach mieszanych córki chrzcić w świątyni matki, synów zaś w świątyni ojca.

W 1944 roku dobre stosunki sąsiedzkie zaczęły się jednak psuć. Do Lisowiec zaczęły docierać informacje o terrorze ukraińskich nacjonalistów spod znaku UPA. Banderowcy mordowali nie tylko Polaków, ale również Ukraińców sprzyjających naszym rodakom, a zwłaszcza tych, którzy bardzo często ukrywali Polaków w swoich domach. Rodzina Juzwenków w obawie o życie wyprowadziła się do Tłustego, niewielkiego miasteczka, oddalonego o 7 kilometrów od Lisowic, w którym stacjonowała jednostka sowiecka.

Na cmentarzu przypominającym afrykański busz

Na XIX-wiecznym cmentarzu w Lisowcach, obok Ukraińców, spoczywa wiele Polaków. Jest to bardzo zaniedbana nekropolia, pozarastana drzewami i chaszczami. W porządkowaniu starego cmentarza uczestniczyło 9 dolnośląskich wolontariuszy, w tym: Jan Stefański - uczeń Liceum Sportowego we Wrocławiu, Agnieszka Zagrodna i Patrycja Karasiak - absolwentki Gimnazjum w Lubiatowie koło Legnicy, Martyna Haftarczyk - uczennica LO w Miliczu, Leokadia Kołodyńska-Zysk - nauczycielka z Bogatyni, Jacek Sadlik z Legnicy, Witold Zagrodny z Lubiatowa, Tomasz Janik z Ziębic oraz niżej podpisany.

W sumie wykarczowaliśmy drzewa na obszarze około pół hektara - mówi Tomasz Janik, kierowca naszego busa, który zaprezentował się również jako doskonały operator piły spalinowej. - W pracach wspomagał nas Iwan Jurkiewicz, kuzyn dyrektora Adolfa Juzwenki, który użyczył nam piły spalinowej, tak bardzo przydatnej przy wycince drzew.

- To była wręcz harówka - wspomina Jan Stefański. - Nie żałuję jednak, że tutaj przyjechałem. Odwaliliśmy przecież kawał dobrej roboty, a przy okazji poznaliśmy wielu sympatycznych mieszkańców Lisowiec. Za rok ponownie chciałbym tutaj trafić. Do uporządkowania pozostała bowiem jeszcze spora część cmentarza. To będzie dług wdzięczności wobec mojej babci, która pochodziła z Kresów i przez wiele lat mieszkała w Hucie Bystrzyckiej, na terenie dzisiejszej Ukrainy.

Agnieszka Zagrodna, absolwentka Gimnazjum w Lubiatowie, od września uczennica LO nr 2 w Legnicy: - O akcji "Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia" dowiedziałam się oglądając program Studio Wschód, którego autorką jest redaktor Grażyna Orłowska-Sondej. Miłość do Kresów zaszczepił we mnie również mój tato, którego mama, a moja babcia pochodziła z Zimnej Wody koło Lwowa, a jej mąż z miejscowości Borki Małe. Z Kresów pochodzą również dziadkowie mojej mamy, babcia ze Żnibrodów koło Buczacza, a dziadek ze wsi Zastawie na Wołyniu. W tym roku już po raz trzeci wyjechałam na Ukrainę. W poprzednich latach brałam udział w porządkowaniu cmentarzy w Żytomierzu, Uszni, Obertynie i Połonnym. Najtrudniej było jednak w Lisowcach. Cmentarz był bowiem bardzo zaniedbany. W pracy dokuczał nam szczególnie żar lejący się z nieba. Nie żałuję jednak tego trudu. Dzięki naszej pracy wiele mogił uratowaliśmy od zapomnienia. W ubiegłym roku, w ramach tej samej akcji, razem z koleżankami i kolegami z naszego Gimnazjum kwestowaliśmy na cmentarzach w Chojnowie i Legnicy.

Agnieszce w podróży na Podole towarzyszył tato Witold Zagrodny i wujek Jacek Sadlik.

- Jak wspomniała córka, nasza rodzina pochodzi w Kresów. Do dziś w Zimnej Wodzie koło Lwowa mieszkają nasi krewni, a w Borkach Małych (powiat skałacki) na miejscowym cmentarzu spoczywa mój dziadek - mówi Witold Zagrodny. - W moim rodzinnym domu często mówiło się o Kresach. Jako mały chłopiec często więc słuchałem opowieści o Zimnej Wodzie, Lwowie oraz 40 Pułku Piechoty, który stacjonował w tym mieście. W tamtych latach nie wszystkie tematy były dla mnie zrozumiałe, między innymi dlaczego nasze ziemie na wschodzie II Rzeczypospolitej, w konsekwencji decyzji mocarstw wielkiej trójki (Józef Stalin, Franklin D. Roosevelt i Winston Churchill) zapadłych na konferencji jałtańskiej, znalazły się w granicach USRR, a ludność polska została wysiedlona przez władze sowieckie. Z upływem lat coraz bardziej interesowałem się tym tematem. To z kolei zaowocowało tym, że w 2007 roku po raz pierwszy pojechałem na Ukrainę. Odwiedziłem wówczas między innymi Lwów, Kamieniec Podolski, Zbaraż, Chocim i Zimną Wodę, miejscowość w której na cmentarzu spoczywają moi przodkowie. Od tamtego czasu systematycznie studiuję publikacje poświęcone Kresom. Dzięki programowi Studio Wschód, emitowanemu przez Telewizję Wrocław, dowiedziałem się o akcji "Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia". Natomiast w tym roku wziąłem aktywny dział w tej akcji i razem z młodymi wolontariuszami z Dolnego Śląska porządkowałem zaniedbany cmentarz w Lisowcach. Była to ciężka praca, ale jednocześnie patriotyczna lekcja dla naszej młodzieży.

- Witek mnie również zaraził miłością do Kresów - twierdzi Jacek Sadlik z Legnicy, szwagier Witolda Zagrodnego. - Dlatego też długo nie musiał mnie namawiać, aby pojechać na Podole i wziąć udział w ratowaniu cmentarza w Lisowcach, na którym spoczywa wielu Polaków. Za rok prawdopodobnie znów tam pojadę. Do uporządkowania pozostał bowiem jeszcze spory obszar cmentarza. Poza tym uważam, że do akcji porządkowania polskich cmentarzy na Kresach powinny włączyć się również władze Polski.

Patrycja Karasiak, absolwentka Gimnazjum w Lubiatowie, od września uczennica LO nr 2 w Legnicy: - Ja także, za rok chciałabym tutaj przyjechać i dokończyć to czego nie udało się nam w tym roku zrobić. W akcji "Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia" brałam udział po raz pierwszy. Namówiła mnie do tego moja serdeczna koleżanka Agnieszka Zagórna. Moi rodzice początkowo nie byli przychylni mojemu wyjazdowi. Bali się o moje bezpieczeństwo, ale bezpodstawnie. W Lisowcach i okolicach było bezpiecznie. Jedynie z telewizji mogliśmy się dowiedzieć o walkach toczących się na wschodzie Ukrainy.

Leokadia Kołodyńska-Zysk, nauczycielka z Bogatyni ma także kresowe korzenie. Jej tato, pochodzący z Wołynia, od dziecka małej Lodzi wpajał miłość do terenów II Rzeczypospolitej. W czasach PRL-u, nie mogąc odwiedzić ukochany Wołyń, wielokrotnie jeździł na cmentarze nad wschodnią granicą naszego kraju i tam zapalał znicze na grobach. W ten sposób chciał być bliżej miejsca, w którym się urodził i wychował. To zadecydowało, że i jego córka Leokadia zaczęła interesować się Kresami. Stała się również gorącą propagatorką akcji "Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia". W ubiegłym roku, wraz z grupą młodzieży z Gimnazjum nr 2 z Bogatyni porządkowała cmentarz w Sokalu nad Bugiem.

- W Sokalu opieką otoczył nas miejscowy ksiądz Andrzej Mihułko - wspomina Leokadia Kołodyńska-Zysk. - O naszej akcji sprzątania cmentarza mówiło się w kościele i na ulicach miasta. Dzięki niemu spotkaliśmy się z merem miasta oraz zwiedziliśmy wiele interesujących miejsc w mieście i okolicy.

- Po przyjeździe do Lisowic ogarnęło mnie przerażenie - dodaje Leokadia Kołodyńska-Zysk. - XIX-wieczna nekropolia wyglądała bowiem jak afrykański busz, przez który trudno było się przedrzeć. Sporo wysiłku kosztowało nas więc, aby odkryć zarośnięte mogiły. Nie kryliśmy łez wzruszenia, kiedy okazywało się, że większość napisów zniknęła z pomników i nie jesteśmy ich w stanie odtworzyć. Jest mi trochę przykro, że nie udało się nam uporządkować całego cmentarza. Sądzę, że w przyszłym roku powinniśmy dokończyć wszystkie prace na cmentarzu, tym bardziej, że swoją pomoc zadeklarowała miejscowa sołtys Maria Mokrzycka.

Był też czas na zwiedzanie

Martyna Haftarczyk
, uczennica LO w Miliczu należy do weteranek uczestniczących akcji "Mogiłę pradziada od zapomnienia". W sprzątaniu polskich mogił na Kresach uczestniczyła już po raz czwarty, w tym w Połonnem (dwukrotnie), Żytomierzu, Uszni i Obertynie.

- Wyjazd na Ukrainę to nie tylko ciężka praca. To także okazja do zwiedzenia miejsc, które wiążą się z historią Polski. W ubiegłym roku miałam okazję podziwiać zamek Sobieskiego w Złoczowie - wspomina Martyna Haftarczyk. - Z kolei w tym roku, zwiedziliśmy twierdzę w Chocimiu, należącą do najstarszych i najważniejszych warowni Przydniestrza. Byliśmy również w Kamieńcu Podolskim, nad którym góruje zabytkowa twierdza, dawniej zwana przedmurzem chrześcijaństwa lub bramą do Polski.

W kamienieckiej twierdzy 27 sierpnia 1672 roku zginął pułkownik Wołodyjowski. Jak podaje portal kresy.wm.pl., Sienkiewicz wcale nie wymyślił pułkownika Wołodyjowskiego. Nieco tylko ubarwił życiorys prawdziwego Wołodyjowskiego. A ten urodził się w 1620 roku niedaleko Kamieńca Podolskiego. W sierpniu 1672 roku dowodził obroną zamku przed Turkami. Według Sienkiewicza Wołodyjowski wraz z Ketlingiem wysadzili się w powietrze nie mogąc ścierpieć poddania zamku Turkom. W rzeczywistości wybuch nastąpił albo przypadkowo, lub spowodował go dowodzący artylerią major Hekling. Sienkiewicz zmienił mu nie tylko nazwisko, ale i narodowość. Filmowy Kettling jest Szkotem, prawdziwy Hekling był kurlandzkim Niemcem. Tak czy inaczej prawdziwy Wołodyjowski zginął przypadkiem. Turcy pozwolili bowiem obrońcom twierdzy opuścić zamek. Wybuch nastąpił w momencie, kiedy Wołodyjowski razem z wojskiem przygotowywał się do wymarszu.

Wolontariusze z Dolnego Śląska w Kamieńcu Podolskim zwiedzili również XVI-wieczną polską katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła oraz wiele innych zabytków tego pięknego i ponad 100-tysięcznego miasta.

W drodze powrotnej z Chocimia do Lisowic, wolontariusze zatrzymali się nad Dniestrem, u ujścia Zburcza. W 1692 roku w rejonie tym, zwanym Okopami Świętej Trócy, hetman Stanisław Jan Jabłoński rozpoczął budowę twierdzy bastionowej. Do 17 września 1939 roku, kiedy to Związek Radziecki napadł na Polskę, był to wówczas najdalej wysunięty na południowy wschód cypel II Rzeczypospolitej oraz styk granic Polski, Rumunii i Ukraińskiej SRR.

W centrum Lisowiec polscy wolontariusze odkryli dawny Dom Polski. Przed II wojną światową w budynku był dom kultury polskiej. W czasach władzy sowieckiej znajdowało się kino. Obecnie jest sklep. Kilka lat temu, Michaił Strufiński (właściciel sklepu) podczas remontu na fasadzie budynku, pod warstwą tynku, odkrył orła i napis Dom Polski w Lisowcach, a następnie odmalował i pozostawił w stanie oryginalnym, w takim jaki widzieli to nasi rodacy w II Rzeczypospolitej.

Wracając do kraju grupa, na kilka godzin, zatrzymała się również we Lwowie, w mieście, w którym na każdym kroku można spotkać ślady polskości.

Ryszard Mulek

(aby powiększyć - kliknij w zdjęcie)